Noc św. Mikołaja (gif)
Mikołaj, syn Euzebiusza, biskup Myry;
Muzeum Archidiecezjalne w Krakowie)
fot. Ewa Utracka
DARY
ŚW. MIKOŁAJA
(wspomnienie z dzieciństwa)
Jasny
wieczór grudniowy, srebrem lśni sierp księżyca,
Wiatr
obłoków tłum po niebie pędzi.
Gwiazdy
z góry migocą, nastrój wokół zachwyca,
Dzwonki
sań skądś ze świata krawędzi.
Sama
w ciemnym pokoju, patrzę w niebo przez okno;
Mikołaju,
przyjedziesz dziś do mnie?
Odżywają
wspomnienia i już wierzę głęboko:
Pewnie
sobie i o mnie przypomnisz!
Dzwonki
sań coraz bliżej, dźwięczą coraz wyraźniej,
Widać
sanie spomiędzy obłoków!
Płyną
w świetle księżyca w kraj mych marzeń i pragnień,
Które
wznoszą się aż tam, wysoko!
Jestem
małym dziewczątkiem, a dokoła rodzina;
Jak
na te mikołajki czekamy!
Mama
książkę otwiera i nam czytać zaczyna,
Jak
to żyło się przed stuleciami.
Na
Południu, daleko, to się w Myra zdarzyło…
Chorzał
biskup – staruszek i ślepy.
Nikt
go nie chciał wyręczać, a następcy nie było,
Ni
nadzieji, że będzie znów lepiej.
Nędza
ludzi gnębiła; głód, choroby i smutki
Zęby
biednym pokazywały.
Dzieci
szatek nie miały, tylko łaszek przykrótki,
Ni
zabawek, co radość dawały.
Pewnej
nocy spać nie mógł młody syn Euzebiusza,
A
Mikołaj mu było na imię.
Z
okna domu miał widok, który serce poruszał
I
rozważać jął jego przyczynę.
Właśnie
blady świt błysnął i różowią się góry,
Ranny
powiew mu myśli odświeża.
A
tam, w chłodzie pod murem budzi się po raz wtóry,
Z
głodu - ojciec biednego żołnierza.
Spojrzał
na dół Mikołaj, a tuż pod gankiem domu
Wstawał
z progu kamieniarz do pracy,
Obok
niego na derce spały dzieci skulone,
Sine
z zimna, zwyczajnie, biedacy!
Tu
jest domek tragarza, tam handlarki gołębi,
Nora
wdowy chorobą złożonej,
Wszędzie
zaś śpią dzieciątka wprost pod murem lub w głębi,
Wszystkie
chude i głodem zmożone.
Spać
nie może Mikołaj, z bólu pęka mu głowa.
Och,
niedola dziecięcia małego!
Krzywda
ta niż świat cięższa, nie oddadzą jej słowa,
Pali
jak wyrzut Boga samego!
W
każdym ciałku malutkim, takim kruchym, dziecinnym,
Mieszka
miłość Jezusa i słodycz.
Kto
więc Jego miłuje, musi kochać niewinnych;
Szczęśliw
ten, kto im krzywdę nagrodzi.
-
Wiem, jak wspomóc dzieciny, ciężki los ich złagodzić,
Głód
i nędzę odgonić od progu.
Mój
majątek wystarczy, by łzy otrzeć, żal słodzić;
Rozdać
- to ofiarować go Bogu!
Pośród
nocy cień długi skrada się do posłania,
Znika
gdzieś w głębi domu brukarza.
Ktoś
przy śpiących coś kładzie, twarz kapturem zasłania,
Po
czym wdowy dzieciątka obdarza.
Zapach
jadła obudził głodnych z snu głębokiego.
Skąd
się wzięły tu takie pyszności?
Dzieci
biednych nie znają smaku tak niezwykłego;
I
ubrania są! Kto u nas gościł?
Odtąd
przez nocy wiele ktoś wędrował po Myrze
Osłaniając
się płaszczem z kapturem.
Dawał
w kieskach pieniądze i opończe i spyżę,
Ulgę
niosąc żyjącym pod murem.
Ludzie
dary chowali, wreszcie nie brak im chleba,
I
ciekawość się wśród nich zbudziła,
Komu
wdzięczność okazać? Czy coś w zamian dać trzeba?
Czyja
wola ich los poprawiła?
A
tymczasem majątek Mikołaja topnieje,
Skarbnik
w skrzyni niebawem dno zoczył.
Tyle
słudzy widzieli, że pan wraca, gdy dnieje,
Kryje
się i nie daje zaskoczyć.
Poszli
do starszych miasta, druhów Euzebiuszowych,
Mówiąc:
młody się na złe odmienił.
Pouczali go rajcy, karcą ostrymi słowy,
A
on milcząc wzrok spuszczał ku ziemi.
Między
siebie go wzięli, do biskupa prowadzą,
Może
grzesznik się w piersi uderzy,
Że
majątek roztrwonił, taki wielki i na co?
Biskup
skarci go tak, jak należy.
Zdąża
młodzian przez kościół przed oblicze pasterza,
By
mu wyznać swój ból, żale wszystkie;
Sen
wróżebny miał biskup, co nakazem uderza:
„Naznacz
go! Wyzwolenie twe bliskie!”
Padł
Mikołaj mu do nóg, w szatach jego twarz chowa,
A
nieśmiałość mu mowę odbiera.
Biskup
pierścień zdejmuje, przekazuje bez słowa
I
w ciążącą infułę ubiera.
Z
serca mu błogosławi, oprowadza dokoła,
Ze
wzruszeniem następcą swym głosi.
Zaskoczony
lud milczy, wtem dziecina zawoła:
-
To jest ten, który dary przynosił!
Tak
to został biskupem, choć w samotni żyć marzył
Ten
Mikołaj, syn skromny bogacza.
I
pasterzem był prawym, opiekunem dla słabych;
Dziatki
czułą opieką otaczał.
Zmarł
tak, jak żył: w świętości, pamięć o nim przez wieki
Żyje
wciąż. On spogląda w dół, z nieba.
Widzi
dzieci miliony, którym trzeba opieki
I
miłości, pokoju i chleba.
W
wilię święta swojego jedzie w świat w odwiedziny,
Przemierzając
przestworza i kraje;
Zna
dziecinne marzenia, no i w nocne godziny
Tak,
jak w Myra, prezenty rozdaje.
Widzę
go! Mikołaju! Chcę zawołać, głos ginie
W
przenikliwej, grudniowej zamieci.
Czekam
Ciebie, jak wtedy; co mi dasz? A czas płynie.
Młode
życie, dzieciństwo przeleci!
Znowu
jestem dziewuszką, moi bliscy dokoła,
Ach,
jak na niespodzianki czekamy!
Mama
czytać przestaje, „Mikołaju!”- zawoła.
Ty
z Aniołem stanąłeś przed nami!
Ileż
było okrzyków zadziwienia, radości
Takiej
szczerej i takiej dziecinnej.
I
Mikołaj się cieszył i się u nas rozgościł
Nawet
diabeł radosną miał minę.
Sanie
suną w obłokach w tę magiczną godzinę.
Ciche
słowa dochodzą z przestrzeni.
Dzięki
Ci, że w noc cudów, w tamtą szczęsną dziecinę
Choć
na chwilę się mogłam przemienić!
Pamięci mojej Mamy
poświęcam
Grudzień
2009r. Ewa
Utracka
gif